czwartek, 5 grudnia 2013

Czwartkowa podróż sentymentalna nieco:-)))

Kilka dni przerwy i już mnie do pisania ciągnie ... Siadam zatem, żeby nadrobić zaległości, bo bez systematycznych wpisów na blogu powoli dzień staje się podobny do dnia i jakąś nużącą monotonią trącić zaczyna :-) Co więcej, z czasem coraz ciężej przypomnieć sobie, co się u nas działo :-)

Dzisiejszy dzień póki co pamiętam, bo przypominał jedną wielką gonitwę:-) Otóż po 3-ech miesiącach przerwy musiałam zgłosić się z naszym siedmiolatkiem na kontrolę do alergologa. Po ,,sławetnej'' wizycie u lekarza tej specjalności w lokalnym szpitalu postanowiłam poszukać nowego lekarza, który zechce mnie przyjąć, a nie wyprosi z gabinetu z dwójką dzieci, mówiąc, że zabieram mu cenny czas!!!!! Teraz ,,nowy'' lekarz (2 specjalności) z tytułem doktora nauk medycznych chętnie nas przyjmuje, ale wizyta odbywa się poza miejscem zamieszkania, co wiąże się z koniecznością szukania opieki dla Małej M. - walczącej jeszcze z chorobą, zwłaszcza, gdy na dworze wietrznie (jak dziś).

Na szczęście w czwartkowy poranek ,,ciocia R.'' zaoferowała swą pomoc i nawet przybiegła na dworzec, bym nie musiała się tak gonić. To jakieś kolejne zrządzenie Opatrzności, która czuwa nade mną i przychodzi mi z pomocą. Mieszkam tutaj od niedawna, znam zaledwie kilka osób, ale - jak widzę - takich, na których liczyć mogę w sytuacjach wyjątkowych i nie tylko :-)

Mama na wyjeździe to i rysunek na nią czeka:-)
 I pomyśleć, że w małym mieście w ciągu 2 lat doświadczyłam tak niewiarygodnej ilości oznak dobroci, troski i serdeczności ze strony poznanych osób, ale i zwyczajnych ludzi w sklepie, na targowisku, w urzędach!!!! W poprzednim miejscu zamieszkania (czytaj: dużej aglomeracji) pracowałam nad tym dobre 8 lat ... i może doliczyłabym się zaledwie garstki bliższych mi osób.

OOO..chyba Mała M. pierwsze lekcje posługiwania się kątomierzem u cioci R. dziś pobierała:-)
 Ale nie o tym pisać miałam :-) Cieszę się, że dziś dzięki serdeczności cioci R. mogłam powierzyć naszą rezolutną czterolatkę w dobre ręce. Gdy rano zapytałam, czy chce jechać do W. czy pójść do cioci R., Mała M. podniosła ręce w górę i krzyknęła głośne: ,,HURRAAA! Do cioci R. !!!'' Nie miałam wątpliwości, co jest dla niej większą atrakcją. Co tam zwiedzanie plus pizza na rynku? U cioci to ona może poczuć się jak księżniczka :-) - ważna i jedna .... Zero konkurencji; przynajmniej do momentu powrotu dwunastoletniej J. do domu ze szkoły :-)))) Jest kotek, któremu można się przyglądnąć ... Słodycze na stole ... Bajka do oglądania ... Książeczka przez ciocię czytana ... Wcale jej się nie dziwię, że wybrała tę właśnie opcję :-) Sama bym spędziła uroczy dzionek, racząc się pełną aromatu małą czarną czy pyszną pieczarkową - krem ...

Nowy motyw - Mała M. zęby myć będzie:-) Tego jeszcze nie rysowała!!!
Niestety, R. i ja nie mieliśmy wyjścia ... i na wizytę do lekarza jechać trzeba było. Jednak, tradycyjnie już, połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Najpierw szybkim marszem powędrowaliśmy w stronę rynku, po drodze przystając przy napotkanych krasnalach. R. jeszcze z czasów naszych wakacyjnych autobusowych wypadów do stolicy Dolnego Śląska pamięta, gdzie który z wrocławskich skrzatów wówczas odnalezionych się ukrywa ... Sam dziś po drodze wskazywał wiele z nich:-) Tu mocniej zabiło matczyne serducho z radości, że targanie Małej M. i R. autobusami w upale latem miało sens ... i owoc jakiś przyniosło :-))))

I tak wędrując, a raczej żwawo, maszerując dotarliśmy na rynek ... R. ma tu swoje sklepy, które zawsze odwiedzić musi:-) W jednym z nich wypatrzył w koszu pluszowego tygryska i nie chciał się z nim rozstać. Najpierw byłam nieugięta, bo wizja kolejnego pluszaka - kurzozjadacza:-) mnie przeraziła. Tym bardziej, że nasz siedmiolatek ma (tutaj cytat:) wybitną alergię na roztocza kurzu domowego (iiii 30 wykrzykników postawionych onegdaj przez panią alergolog na rozpoznaniu przypadłości). Wyszłam ze sklepu łudząc się, że za chwilę o owym tygrysku zapomni... Widziałam jednak smutek na twarzy R. ... Jeszcze moment, a z jego oczu trysnęłaby fontanna łez ...

Kto tu się do kogo tuli? :-)
Mimo, że odwiedziliśmy kilka sklepów, tygrysek był nadal wspominany z rozrzewnieniem ... Żal mi się zrobiło obojga:-) Wiem, że R. i na sierść zwierzaków uczulony i raczej o kocie czy psie tylko pomarzyć może, więc niech chociaż się do mięciutkiego, milutkiego ... futerka pluszaka przytuli. Jeden więcej nie zrobi wielkiej różnicy, a ile radości!

Wreszcie i Prosiaczek podbił serce Małej M. :-)
Coś w tym tygrysku musi być nadzwyczajnego, bo gdy Mała M. go ujrzała to rzuciła pełne zazdrości spojrzenia i zakupiony dla niej sam tygrysek z ,,Kubusia Puchatka'' nie zrobił początkowo większego wrażenia. Tym sposobem rodzina pluszaków powiększyła się nieco, ale nadejdzie kiedyś czas rozstania z nimi, więc niech ... póki co ... dzieciaki się nimi nacieszą :-)

A poza tym R nigdy nie cierpiał na ,,sklepowe kaprysy'' ... i jeżeli upiera się przy zakupie jakiejś zabawki to ma to miejsce bardzo rzadko i raczej w sytuacji, gdy na czymś mu szczególnie zależy. Wrażliwe serducho ma i czasem nie może się powstrzymać przed zakupem jakiegoś pluszaka-biedaka. Pamiętam jak dziś, gdy w ten sposób przygarnął biednego pluszowego liska, którego ktoś wcześniej pozbawił jednego uszka... Nadal go ma i gdy tylko go znajdzie wspomina ów dzień :-) Teraz na fali jest tygrysek ... Aż mi się wierzyć nie chce, że pluszak potrafi aż tak zawojować serce siedmiolatka.. ale cóż .... Czego się nie robi dla swego synka:-)? Mimo późnej pory wrzuciłam nowego pupila do pralki ...

CENNA RZECZ(!) się pierze, tzn. TYGRYSIĄTKO R. (sam zrobił tę kartkę i na pralce postawił)
Otulonego w ręcznik R. zaprosił dziś do swego łóżka, by mu towarzyszył. Śpią teraz jeden przytulony do drugiego :))))) No i nie kup tu dziecku maskotki za całe 3 czy 4 złote:))))

Dzieci miały swe przyjemności to i mama sobie przyjemność sprawiła, odwiedzając dwie księgarnie i antykwariat. W jednej z nich zapatrzyłam się w strawę iście duchową (wcześniej wypatrzoną na stronie internetowej), a w sklepie z książkami z drugiej (czy trzeciej już ręki:-)) za grosze zakupiłam zbiór baśni braci Grimm.*

To były piękne dni .... :-) gdy tę książkę mi czytano!
Mam już jeden w domu, niedawno dostarczony mi do recenzji, ale gdy ujrzałam ów nieco zszarzałą okładkę wydaną niegdyś przez Naszą Księgarnię wydawała mi się nieco znajoma. Nie myliłam się ... Gdy zajrzałam do środka, za sprawą zamieszczonych tam ilustracji, cofnęłam się o dobrych ,,....dzieści'' lat. Pamiętam dokładnie, że i mnie ją czytano ....

Musiałam zakupić ją teraz moim pociechom, a że ostatnimi czasy z moimi molikami książkowymi odbywam podróż po krainie baśni Braci Grimm - książka jest jak najbardziej na czasie. Taki ,,biały kruk'' za całe 2 polskie złote :-)

Na czytanie ,,upolowanej'' książki dzieciom już dziś nie starczyło czasu. Zdążyłam jednak podzielić się mym nad nią zachwytem z naszą czterolatką ... i, jak podejrzewałam, baśniowa ,,staroć'' już po przejrzeniu ilustracji podbiła jej serce. Wystarczyło, że ujrzała Czerwonego Kapturka... Zaraz oznajmiła, że ta książka jest jej :-)))

Starych ilustracji czar!**

Nie wiem, czy to oznaka starzenia się, że człek nagle zatęskni za pachnącym czasami beztroskiego dzieciństwa zbiorem bajek czy baśni??? :-) Z równie wielkim sentymentem sięgam czasem po zbiór baśni J.Ch. Andersena*** Pamiętam radość, jaka towarzyszyła mi podczas jej zakupu latem tego roku. Leżała sobie na jednym ze straganów i nikt się nią nie interesował, a ja w każdym widziałam potencjalnego kupca:-)) Teraz mam na półeczce własny egzemplarz i swoim pociechom czytam :-)

Tę okładkę też kojarzę od zawsze :-) z dzieciństwem

Oj ... miało być o wizycie u lekarza, a skończyło się na sentymentalnej podróży do czasów dzieciństwa. Pomijam zatem szczegóły wizyty (z której dziś jakoś zadowolona nie jestem, a szkoda) ... by nie psuć owego bajkowego nastroju ... Idę zatem choć na chwil kilka oddać się lekturze którejś z baśni :-) Oczywiście, to w ramach cenzury ... czy wybrana dla mych pociech na jutro jedna z opowieści autorstwa Braci Grimm nie jest zanadto drastyczna:-)))

Mam nadzieję, że owym wpisem zachęciłam do podróży w świat książek sprzed lat ... Zapraszam:-))


*Baśnie, Wilhelm i Jakub Grimm, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1956
**Baśnie, Wilhelm i Jakub Grimm, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1956; ilustracje: Bożena Truchanowska, Wiesław Majchrzak
***Baśnie, J.Ch.Andersen, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1981

P.S. Ciekawa jestem, które z czytanych w tak ogromnych ilościach moim dzieciom książek będą wspominane przez nie z sentymentem za lat kilkadziesiąt:-)?

2 komentarze:

Gosia Pstro pisze...

Baśnie braci Grimm to jedne z ulubionych mojej córki, chociaż mnie czasem czytanie przyprawia o gęsią skórkę :)

mamma5 pisze...

Oj, tak! Masz rację. W tych baśniach drastycznych momentów nie brakuje. Z tego też względu zanim przeczytam moim pociechom, sama czytam wcześniej:-)